Tak naprawdę #1 - borderline, pochłaniacz dusz

Zacznijmy od tego iż nie jestem pełnoletnia, więc nie można stwierdzić u mnie dokładnie zaburzeń osobowości tego typu. Można jednak zauważyć osobowość kształtującą się w tym kierunku. Nie jestem ekspertem, nie wypowiem się na temat przyczyn, ale mogę podzielić się moimi spostrzeżeniami.
Myślę że przyczyną borderline jest zaniedbanie emocjonalne w okresie dzieciństwa, dojrzewania. Wyprowadźcie mnie z błędu jeśli się mylę. Opowiem jak ja odczuwam to w sobie. Znacie mniej więcej moją "historię" i jak to u mnie w domu było za dzieciaczka. Podejrzenie tego zaburzenia u mnie pojawiło się dwa lata temu, kiedy byłam w trzeciej klasie gimnazjum.
Nie ukrywam że zrobiło mi się bardzo przykro, ponieważ wiedziałam mniej więcej o co z tym borderem chodzi.
Tacy ludzie są postrzegani jako osoby nieprzyjemne w kontaktach, wredne, więc z daleka od takich, prawda ? Więc zacznę od tego. Cóż, kontakty z ludźmi nigdy nie były moją mocną stroną. Yoko zawsze gdzieś z tyłu wśród rówieśników. Moja kochana wychowawczyni Ania, wzięła mnie kiedyś na rozmowę, aby omówić moje skandaliczne momentami zachowanie. Zobaczyłam że spragniona uwagi rówieśników, zaczęłam po prostu szokować. Nie wiem jak zdefiniować to szokowanie, ale załóżmy że mówię, robię takie rzeczy aby znaleźć się w centrum uwagi.
Wiele z was pomyśli pewnie że jestem po prostu atencyjną szmatą. Spokojnie ja o tym wiem i uwierzcie że nad tym pracuję, nad całym tym "borderline". Czasem odczuwam potrzebę aby powiedzieć coś niemiłego, coś co możliwe że zaboli. W większości przypadków udaje mi się tylko pomyśleć o tym przez ułamek sekundy i zająć się czymś innym. Najbardziej narażone są osoby dla mnie bliskie. Jestem wtedy trochę jak jakiś drapieżnik, wszystko układa się dobrze, jest super, czuję się szczęśliwa. Aż nadchodzi moment w którym niszczę wszystkie ważne relacje w moim super życiu. Krzywdzę wszystkich, nie mogę przestać, nie potrafię. Pojawia się irytacja, złość na nich, ale głównie na siebie, tak z niczego. Odsuwam się od wszystkiego, zapadam się w swoim mroku, czuję jak to pochłania moją duszę.
Zależy mi na nich, więc krzywdząc ich chyba najbardziej ja cierpię. Ludzie odchodzą, nie mogą znieść tej huśtawki a ja patrzę na to, i nic nie mogę zrobić. Nie dziwię się im, sama ze sobą nie wytrzymuję. Ale potrzebuję, przecież kurewsko kocham. Takie huśtawki dotykają też innych aspektów życia. Lubię ryzykować, często podejmuję pochopnie ważne decyzje w stanie "pobudzenia" czyli tego lepszego czasu. Nie myślę o konsekwencjach, granice prawie nie istnieją. Potrzebuję ciągłych impulsów, emocji. Tak to właśnie wygląda u mnie.
Teraz kiedy mam to wszystko czarno na białym, jest mi bardzo ciężko, bo w życiu tak się tego nie widzi tak wyraźnie. Boimy się zobaczyć nasze demony. Udajemy że ich nie widać. Powtarzamy afirmację typu "krokodyle nie istnieją". Nie widzimy ich codziennie, wiemy jednak wszyscy że istnieją, i od czasu do czasu trzeba je nakarmić, niezależnie od tego czy chcemy aby dalej żyły. One przyjdą po jedzenie i je wyrwą, o mało co nie odgryzając ręki.
Oczywiście wszystko to jest do terapii, a ja bardzo się staram. Parę dni temu moje krokodyle szarpnęły mnie mocno za serce.
Zniszczyłam relację z najważniejszą osobą.
Dedykuję ten post właśnie jej. W żaden sposób się nie usprawiedliwiam, ale wiedząc że też ma problem z krokodylami, może jakoś coś to da. A jeśli nie, będę miała kolejny dowód na to jak jestem chujowa :')

"Jeśli chcesz odejść, to możesz. Pamiętam wszystkich którzy odeszli."
- Lilo ( Lilo i Stich )


Komentarze

Popularne posty